dr Monika Oliwa-Ciesielska* (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu/Polska)
Piętno bezdomności
Te rozważania na temat bezdomności są próbą stawania po stronie tych, którzy rzadko we współczesnym świecie znajdują rzeczników. Badania socjologiczne, które prowadziłam od wielu lat nad problemem bezdomności i marginalizacji, głównie miały wskazać na postrzeganie siebie i swojej bezdomności przez samych odrzuconych z życia społecznego. Ten obraz bezdomnego okazał się tragicznym dowodem na posługiwanie się krzywdzącymi stereotypami, które mają charakter naznaczający.
Naznaczanie społeczne ma charakter uniwersalny. Jak mówi R. Girard „Samo słowo >normalny<, podobnie jak w średniowieczu słowo >zaraza<, ma posmak tabu; jest zarówno dostojne jak przeklęte, sacer w każdym sensie tego słowa”. Ludzie odmienni od ogółu są w rzeczywistości społecznej obiektem ciągłych ocen, najczęściej nacechowanych negatywnymi uprzedzeniami. Izolowanie i dyskryminacja, są często niewspółmierne do zakłóceń, jakie mogłaby wywołać pełnoprawna obecność tych ludzi w społeczeństwie. Niemniej niechęć do kalkulacji niewielkich szkód płynących z faktu pełnoprawnego włączenia bezdomnych w życie społeczne i nadmierna skłonność do liczenia się z obciążeniem społecznym, jakie ponosi się w wyniku pomocy bezdomnym, dają się często zaobserwować w społeczeństwie.
Manipulowanie danymi
We współczesnym życiu społecznym trudno dostrzec tak złożony problem, jakim jest bezdomność. Łatwo też w przyglądaniu się temu problemowi poddać się wielu krzywdzącym stereotypom i manipulacjom, które dotyczą przedstawiania bezdomności i życia osób tak skrajnie ubogich. Jedną z takich manipulacji jest wskazywanie, że na świecie 1/3 ludzi głoduje, sprowadza się tym samym problem ubóstwa jedynie do głodu. Tymczasem ubóstwo to suma wielu nieszczęść dotykających ludzi, takich jak choroby, ograniczenia, odbieranie praw, niski poziom edukacji itp. Walka o godność jednostki nie rozgrywa się obecnie w kwestii „jak wykarmić świat”, ale jak zmienić mentalność ludzi wychowanych w „kulturze ubóstwa”, która wytwarza mechanizmy dziedziczenia biedy.
Ryszard Kapuściński pisał, że kiedy jest we wsi afrykańskiej, zawsze uświadamia sobie mechanizmy życia w kulturze ubóstwa. Głód to tylko część tej strasznej egzystencji, resztą jest koszmar spania na glinianej podłodze, pluskwy i pasożyty, ciągły brak wody, choroby, a może przede wszystkim ciemność. Nie tylko w sensie braku elektryczności, ale także ciemności w duszy. Najtragiczniejsze jest to, że tam dzieci nie błagają o jedzenie, o cukierki ani o zabawki, ale o kulkowy ołówek, bo one idą do szkoły i nie mają czym pisać. Nie można jednak wskazać, że wielu ubogich w Polsce powinno w obliczu tej nędzy poczuć ciężar swoich wygórowanych potrzeb i docenić wartość swojego ubóstwa. Ubóstwo jest kategorią względną, a jego zakres jest uwarunkowany kulturowo.
Innym przykładem manipulacji jest ukazywanie problemu ubóstwa, bezdomności w magii ogromnych liczb, przy których łatwo zgubić pojedynczego człowieka. Zatem, jeśli powiem, że miliony ludzi umiera każdego roku z powodu nędzy, że 60 % Polaków żyje na granicy minimum socjalnego (to znaczy mają jedynie środki na zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb) oraz że w Polsce żyje około 200 tys. bezdomnych, to łatwo te dane zapomnieć. Ale informacja o tym, że aby zaspokoić głód krajów Trzeciego Świata, wystarczyłoby tyle pieniędzy, ile obywatele krajów Unii Europejskiej i USA wydają rocznie na perfumy, jest trudna do zignorowania.
Problem bezdomności jest również w naszym społeczeństwie manipulowany, jeśli za wskaźnik bezdomności przyjmie się brak dachu nad głową. Wielu ludzi, choć ma jakieś lokum, to w naszych kulturowo-społecznych warunkach jest uznawanych za bezdomnych, gdyż miejsce ich pobytu nie spełnia podstawowych wymogów godnego życia, bądź jest to schronisko, które trudno nazwać domem. Szeroko definiowana bezdomność bierze pod uwagę oprócz kryterium ekonomicznego brak więzi, porozumienia z drugim człowiekiem, odrzucenie, wyizolowanie jednostki z życia społecznego.
Kolejny krzywdzący stereotyp określa bezdomnych jako tych, którzy wybrali wolność i odmienny sposób życia, niezwiązany z przestrzeganiem podstawowych norm i wartości społecznych. Operowanie kategoriami wyboru daje nam pokusę zwolnienia siebie z troski i odpowiedzialności za los drugiego człowieka, który - jak błędnie myślimy - sam zdecydował o wyborze bezdomności. Badania socjologiczne, które prowadziłam, jednoznacznie wskazują, że opinie o wyborze życia bezdomnego są jedynie deklaracją bezdomnych, manifestowaną jako postawa obronna w obawie przed negatywną oceną i przyznaniem się do życiowej porażki. Wywiady pogłębione wskazują, że większość z nich prawdziwie pragnęłaby mieć dom i bliskich, jednak mają świadomość, że nie potrafią żyć z innymi – często na skutek problemów osobowościowych, mentalnych, psychicznych. W takiej sytuacji o wolnym wyborze nie może być mowy. Bezdomnych nie można traktować jako nonkonformistów, mimo złudnych przekonań, jakie żywi część społeczeństwa co do ich celowych działań na rzecz odmienności. Bezdomni bowiem nie występują w sposób świadomy przeciw zastanemu porządkowi życia, przeciw normom i wartościom aprobowanym społecznie. Wielość problemów w ich życiu, głębokie frustracje i kryzysy wiążą się z nieumiejętnością internalizacji (przyswojenia) podstawowych norm i wartości przyjętych w społeczeństwie. Nie chodzi więc o to, że bezdomni odrzucili istniejący ład społeczny, ale przede wszystkim o to, że reguł owego ładu po prostu nie przyswoili. Pseudo-indywidualizm ich sposobu życia jest raczej przypadkową odmiennością, nierzadko niezawinioną i często znienawidzoną przez nich samych.
Bycie w niedostępnym świecie
Myślę, że uporczywe przebywanie bezdomnych na dworcach, w widocznych miejscach miasta, jest ich ostatnią szansą i jedynym znanym wołaniem o społeczne uczestnictwo. Odmienny sposób życia bezdomnych charakteryzuje się tym, że nie biorą oni udziału w działaniach, jakim poddaje się reszta społeczeństwa dla otrzymania jakichkolwiek wymiernych zysków. Zajęcia, którym oddają się bezdomni, przynoszą najczęściej jawne straty. W codziennej, często drastycznej walce o byt bezdomni tracą zdrowie, honor, dumę, czas wolny, a w zamian otrzymują złudzenie namiastki trudu i zmęczenia, jakie wiążą się ze społecznie przyjętymi zasadami pracy. Brak dobrej orientacji, jaki deklarują bezdomni w tym, co pożądane społecznie i uznane za racjonalne, jest trudne do zaakceptowania przez społeczeństwo. Bezdomny przynależy do dwóch rzeczywistości: tej, która jest dostępna reszcie społeczeństwa, w której uczestniczy, tułając się w miejscach publicznych, a także tej, która wiąże się z życiem w placówkach wyznaczonych specjalnie dla bezdomnych.
Niemożność pełnoprawnego uczestnictwa w obydwu „światach”, wymusza powstanie specyficznego wizerunku bezdomnego, a także wpływa na świadomość obcości bezdomnych wobec innych. B. Gramlewicz wskazuje, że ludziom bezdomnym przypisuje się najczęściej takie cechy jak:
- brak higieny osobistej,
- brak uczciwości,
- brak umiejętności współżycia,
- skrytość w ujawnianiu uczuć czy opinii.
Bezdomny jest obcy wobec członków społeczeństwa, a jego dramat polega na tym, że jest także obcy wśród sobie podobnych bezdomnych. Wyzwanie bezdomności polega na milczącej zgodzie na bycie obcym, gorszym, zbędnym i odrzuconym.
Postrzeganie siebie przez osoby wykluczone jest bezpośrednim przyjęciem sądów innych na własny temat bez próby ich weryfikacji. To my często jesteśmy dla bezdomnych ich anonimowym źródłem sądów, które mówią, co bezdomny powinien o sobie myśleć. Odbywa się to nierzadko pod presją poczucia, że inni, lepiej sytuowani, nie mogą się w tych sądach mylić, należy więc przyznać im rację. Wprawdzie ludzie aspirują do jakiegoś samookreślenia, które stanowi ich obraz siebie, ale jak mówi Ch. Taylor, te aspiracje mogą być jednak niezgodne z tym, co inni są gotowi nam przyznać. Uruchamia to dyskurs między jednostką a innymi, w której przestrzeni dopominamy się uznania, którego nam odmówiono. Problem jednak komplikuje się wówczas, gdy chodzi o jednostki wyłączone z przestrzeni swobodnego dyskursu, jakimi są wykluczeni bezdomni. Ich roszczenia o uznanie społeczne, jeśli w ogóle są wypowiadane, bywają najczęściej ignorowane. Procesy wykluczenia społecznego sukcesywnie uruchamiane, stają się narzędziem uprzedmiotowienia i zniewolenia. Mówienie o możliwości społecznego uczestnictwa osób bezdomnych jest tworzeniem iluzji. W naszym społeczeństwie możliwości uczestnictwa dla tych jednostek są tylko na zasadach im wskazanych i tylko wtedy, jeśli bezdomność potraktują jako przykry epizod. Nie można jednocześnie być i nie być w świecie. Żeby móc w nim uczestniczyć, najczęściej trzeba się jasno określić, najlepiej zaprzeczać, że jest się bezdomnym, co oczywiście z góry skazane jest na porażkę, gdyż bezdomność jest jak piętno, które nie łatwo zamaskować. Takie przeświadczenie żywi wielu bezdomnych.
Doświadczenia bezdomnych
Bezdomność jest wyzwaniem, ponieważ równie dotkliwy jak tułaczka i ból fizyczny jest ból spowodowany naznaczaniem przez innych. Bezdomni w kontaktach z ludźmi spoza schroniska oceniają najczęściej stosunek obcych wobec ich odmienności fizycznej. Ponieważ istnieje w doświadczeniach bezdomnych wiele przypadków skrajnie negatywnego zachowania się wobec nich ludzi spotykanych przelotnie, bezdomni są skłonni oceniać pozytywnie także sytuacje obojętności wobec ich problemów. W takich zachowaniach, gdy inni nie reagują na osobę bezdomną, najczęściej określali oni siebie mianem „jestem dla ludzi przezroczysty”.
Bezdomni mają świadomość własnej inności, niechęci innych wobec ich zaniedbanego wyglądu i sposobu życia. Dotkliwość sytuacji, które są etykietyzujące, jest jednak uzależniona od społecznej widowni. Wiele negatywnych zachowań wobec nich nie stanowi dla bezdomnych źródła frustracji z powodu częstego doświadczania upokorzenia. Badani stają się odporni na negatywne reakcje otoczenia, wobec którego czują się anonimowi. Jedna z wypowiedzi bezdomnego brzmi: „Byłem wyśmiewany, ale trudno mi bliżej określić, w których sytuacjach (…), człowiek z czasem przyzwyczaja się do jakichś takich sytuacji, a potem już nie zwraca na nie uwagi…”, „Poniżony czułem się przeważnie wtedy, gdy mieszkałem na dworcu. Wystarczyło mi to, jak inni patrzyli na mnie. Tych oczu nie zapomnę nigdy”.
Bezdomnym na skutek depersonalizacji łatwo bez skrupułów rekwirować publiczne miejsca, np. dworcowe poczekalnie, mimo że budzi to społeczną niechęć. W dużej mierze pomaga w tym brak poczucia wstydu, brak obawy przed złą oceną, brak lęku przed negatywnym zachowaniem ze strony innych. Społeczna kara, czy w skrajnej postaci ostracyzm, na etapie wyniszczenia organizmu nie jest już dla bezdomnych dotkliwa. Społeczna racjonalizacja zachowań prowadzących do marginalizacji nie lokuje winy za stan życia bezdomnych po stronie przemocy i nierówności. Społeczeństwo obarcza samych bezdomnych winą za powstanie tej trudnej sytuacji. Piętno bezdomności jest związane z całą gamą etykietyzujących wyroków: brud, bezrobocie, choroba, alkoholizm, przestępczość, nieuczciwość, lenistwo, niskie wykształcenie, brak rodziny itd. Takie pasmo negatywnych cech przypisywanych przez społeczeństwo bezdomnym wraz z wymogami przeżywania traum w sferze prywatności jest traktowane jako odstępstwo od normy. Jest to równoznaczne z wyrokiem odmawiania bezdomnemu wstępu do przestrzeni publicznej. Wyizolowanie fizyczne bezdomnych można określić na podstawie ich opinii o usytuowaniu schronisk dla bezdomnych w przestrzeni miasta. Choć za odizolowaniem schronisk od centrum przemawiają względy praktyczne, zdania bezdomnych o konieczności zdystansowania schronisk są podzielone. Optowanie za lokalizacją schronisk w centrum miasta było przez badanych argumentowane chęcią publicznego pokazania swoich niedomagań. Ilustruje to wypowiedź: „Powinny być (schroniska) na terenie miasta, żeby ludzie widzieli, jacy są ludzie drugiej kategorii”.
Funkcjonowanie bezdomnych w społeczeństwie wiąże się z nieumiejętnością odgrywania przez nich ról. Różne oczekiwania w stosunku do bezdomnych widoczne są w sytuacji relacji bezdomnych z pracownikami schronisk, którzy wymagają od swoich podopiecznych aktywności, podporządkowania i współpracy w kierunku wychodzenia z trudnego stanu. Odmienne wyobrażenia o bezdomnych i oczekiwania wobec nich mają przypadkowo spotkane osoby z ich otoczenia. Skupiają się one raczej na wymuszaniu od bezdomnych zachowań potwierdzających ich apatię i bierność. Jeszcze inne dyrektywy, co do sposobu odegrania roli, wydają bezdomnym ich współtowarzysze niedoli. Takie sprzeczne naciski jawią się jednostce bezdomnej jako szczególnie frustrujące. Stąd też bezdomni, chcąc uniknąć kłopotliwych skutków nieporozumień, reagują wycofaniem.
Wielu bezdomnych ma świadomość negatywnych sądów o ludziach znajdujących się w podobnym do ich położeniu. Trafnie przewidują oni, że opinie innych odnośnie bezdomnych wiążą się z negatywnym nastawieniem do bezdomności. W wywiadach bezdomni wymieniali także poniżające doświadczenia, które ich spotkały ze strony obcych ludzi, przypadkowych przechodniów. Bezdomni identyfikują takie reakcje społeczne jako naznaczające, lecz nie odbierają ich jako dotkliwe. Powodem może być to, iż „obcy”, z którymi badani spotykają się w sytuacji poniżenia to ciągle nieznane osoby, spotkane przypadkowo. Badani czują się więc wobec nich anonimowi. Negatywne interakcje z przypadkowymi „obcymi”, respondenci relacjonują w sposób opanowany, z widocznym dystansem do przeżytych doświadczeń. Przykładem takich relacji są następujące wypowiedzi kilku bezdomnych:, „Gdy przechodziłem kiedyś przez skrzyżowanie, widziałem jak dziecko naśladuje mnie w chodzeniu. To było straszne; ale teraz, jak sobie przypomnę, to nawet zabawne” „W sklepie nie chciano mnie obsłużyć, gdyż sprzedawczyni powiedziała, że cuchnę. Zdarzyło się to jeszcze kilka razy”. „Byłem źle potraktowany przez ekspedientkę w sklepie…, nie chciała mi sprzedać chleba, powiedziała, że w tym sklepie kupują normalni ludzie, że mam stąd natychmiast wyjść i nie odstraszać klientów… ”.
Negatywne kontakty z innymi wpływają na samoponiżanie bezdomnych. Definiują oni własne położenie jako gorsze, tym bardziej, że ich ubóstwo i zaniedbany wygląd, są jednoznacznymi wyznacznikami ich sytuacji życiowej. Takie reakcje najczęściej wzbudzają w sobie osoby, które definiują swoją sytuację jako nieodwracalną. Samonaznaczanie jest więc wynikiem uświadomienia sobie przez bezdomnych beznadziejności swojego położenia. Wypowiedzi osób bezdomnych, którzy określają swoją sytuację jako uwłaczającą pojawiają się w momentach refleksji: „Sam czułem się poniżony, żebrząc o pieniądze na zakup alkoholu, sam przed sobą stwierdziłem, że je wymuszam”. „…To było na odwyku, zacząłem zdawać sobie sprawę, co ja tak naprawdę robiłem w życiu. Nie myślałem, że można tak nisko upaść, jestem nikim”.
Można przypuszczać, że dotkliwość stygmatyzacji jest dla bezdomnych znacznie większa w okresie krótkotrwałej bezdomności, kiedy to jednostka dokonuje sondowania, czy może ona doznać pomocy i współczucia, czy też odrzucenia ze strony innych. Bezdomny, który odczuwa, że społeczeństwo reaguje niechęcią i etykietyzuje jego zachowanie, zaczyna zachowywać się zgodnie z treścią naznaczenia. Wskutek braku możliwości buntowania się przeciw negatywnym reakcjom społecznym bezdomny zachowuje się tak, jak w mniemaniu ogółu powinien. Staje się tym samym „dewiantem z przekonania”. Osoba, która utożsamia się z przypisaną jej odmiennością, zaczyna patrzeć na siebie oczami innych, którzy z powodzeniem wykreowali jej negatywny obraz. Bezdomny nie ma przecież powodu, aby nie wierzyć osobom, które są lepiej sytuowane, bardziej kompetentne, dobrze funkcjonujące w życiu. Dla osób nie-bezdomnych przyczynkiem do refleksji powinny być odpowiedzi bezdomnych na pytanie, jak należy dobrze grać swoją rolę, aby sprostać oczekiwaniom innych. Ich opinie mówią nam wiele o tym, jacy wobec bezdomnych są inni ludzie. Bezdomni uzasadniają swoje spostrzeżenia następująco:
- „Aby być dobrym bezdomnym, takim jak chcą cię widzieć, to bezdomni powinni dbać o siebie, zwracać się do innych z szacunkiem i nie zwracać uwagi na tych, co im ubliżają”.
- „Dla innych dobry bezdomny to martwy bezdomny, żeby go nie było widać, powinien zejść z oczu, zdychać w kanale”.
- „Dobry bezdomny to taki, który nie zawadza innym”.
- „W miarę czysto się ubrać i nie chodzić zbyt natrętnie po zupę, nie przechytrzać…”.
- „Trzeba bezdomnym odnaleźć się, pracować, mieć jakiś cel w życiu i realizować ten cel, (…), przynajmniej starać się dążyć do tego, nie szkodzić społeczeństwu i starać się żeby społeczeństwo nie traktowało ich jak śmieci, wyrzutków”.
Być człowiekiem dla innych
Bezdomność warto rozważyć także w kategoriach wyzwania, jakie niesie ona dla nas. Zwłaszcza jako osób zobowiązanych do pomocy. Pomoc nie jest bowiem łatwa, zawiera wiele dylematów i obaw. Paradoks pomocy uwydatnia się w dylemacie, który mówi, że nie można pomóc człowiekowi, nie szkodząc mu jednocześnie. Szkodą jest bowiem każda interwencja w życie jednostki, stawiane jej wymogi, roszczenie sobie praw do zmiany sposobu jej życia, przedkładanie naszych ideałów nad jej własne, albo naszych pomysłów na życie nad ich brak u innych. Wyrządzanie szkody oznacza w tym wypadku także wybieranie problemu, który chcemy rozwiązać, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie możemy zaradzić im wszystkim. Szkodzenie oznacza także wskazanie, kto spośród wielu potrzebujących najbardziej potrzebuje pomocy, zwłaszcza gdy dodatkowe kryterium rządzące wyborem jedynie wydaje się sprawiedliwe, a my staramy się hierarchizować to, co nie ma wymiernego przełożenia. Dylemat, czy pomagać, często powoduje, że szukamy racjonalnych przesłanek do tego, aby przekonać siebie do słuszności pomocy osobom wykluczonym. W tej racjonalności często stosujemy nieracjonalne kryteria np., że warto pomagać tym, którzy prosząc o datki, są przynajmniej aktywni, starają się niejako na tę pomoc zasłużyć, czy też zapracować np. nieudolnym graniem nierozpoznawalnej melodii. Nie zdajemy sobie sprawy, że ten mechanizm naszych wymagań jest znany osobom, które określamy mianem żebraków i że to my wymuszamy na nich prześciganie się manipulowaniu darczyńcą. Nieuczciwe nie jest zatem manipulowanie przez nich posiadanym piętnem, ale nasze oczekiwania.
Bardzo często spotykamy się także ze straszącym nas stwierdzeniem, że właściwie bezdomność czy żebractwo może dotknąć każdego z nas. Być może dla tych, którzy mają silne więzi z innymi, na których wsparcie zawsze mogą liczyć, jest to ostrzeżenie groteskowe. A co stałoby się, gdyby je przyjąć za możliwe? Dla mnie wyznacznikiem zrozumienia tej sytuacji była refleksja bliskiej mi osoby, która zastanawiając się nad tym, czy to piętno może dotknąć każdego, wskazała, że ma głęboką nadzieję, iż wówczas, szanując resztki naszej godności, przynajmniej nikt nie każe nam tańczyć w zamian za ofiarowany grosz.
Właściwie chrześcijańska tradycja jednoznacznie stoi na stanowisku, że dobro należy czynić bez względu na korzyści, a właśnie dla niego samego. Przyjęte w tradycji chrześcijańskiej określenie CARITAS ma znaczenie miłosierdzia okazywanego bliźnim, które jest miarą człowieczeństwa. „Bo czy ten, co obdziera z szat ubranego będzie się nazywał rabusiem, a ten co nie przyodziewa nagiego, choć może to uczynić, zasługuje na inną jakąś nazwę? – pyta Bazyli Wielki.
I według niego: Do łaknącego należy chleb, który ty zatrzymujesz, do nagiego szata, którą ty chowasz w skrzyni; do bosego obuwie, które u ciebie pleśnieje; do potrzebującego należą pieniądze, któreś zachował. To ty krzywdzisz tylu, iluś mógł obdarzyć”. Analizując to dość radykalne przekonanie, można wskazać, że brak działania, zaniechanie, może być także niegodziwością wyrządzoną drugiemu człowiekowi. Słowa te nie rozważają sytuacji, czy ofiara, jako odpowiedź na prośbę drugiego człowieka, będzie adekwatnie z przeznaczeniem wykorzystana. A takie dylematy często towarzyszą ofiarodawcy. Liczy się przecież humanitarny odruch, miłosierdzie wobec drugiego człowieka. I często jest to ważniejsze niż racjonalność w ocenie skutków pomocy.
* dr Monika Oliwa-Ciesielska
Instytut Socjologii Zakład Badań Problemów Społecznych i Pracy Socjalnej
Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu
Tekst pierwotnie ukazał się w biuletynie "Wykluczenie.pl" (wydawanym przez Pogotowie Społeczne w Poznaniu) w grudniu 2006 r.
|