Beata Benyskiewicz (Stowarzyszenie Pogotowie Społeczne, Poznań/Polska)
Oblicza bezdomności
Bezdomność, czy właściwie ludzi bezdomnych, poznaję od ponad dziesięciu lat, jednak całkiem niedawno z zainteresowaniem zaczęłam analizować, jak zmienia się polska bezdomność na przestrzeni czasu, a co za tym idzie, w jakim kierunku powinny zmierzać działania wspierające.
Pierwsze moje doświadczenia i zetknięcie się z tym problemem miały miejsce na początku lat 90. XX w., w czasie odczuwalnych zmian, dużych nadziei społeczeństwa na szybką poprawę jakości życia, oczekiwania na ogólną przyzwoitość, uczciwość i godność. Kiedy jako studentka pracy socjalnej przyjeżdżałam na uczelnię, przechodząc przez dworzec wyłapywałam wzrokiem ludzi innych, wyróżniających się od pozostałych podróżnych. Zdałam sobie sprawę, że ci inni to bezdomni. Zaczęłam dostrzegać może kilka osób siedzących na dworcu, głównie mężczyzn, raczej w starszym wieku, podobnie ubranych, z długimi brodami, reklamówkami w rękach, ciągle na lekkim gazie. Nieodparcie kojarzyli mi się z wiecznymi wędrowcami, błękitnymi ptakami, a co za tym idzie sprawiali wrażenie, że taki los sobie wybrali i generalnie są szczęśliwi.
Kiedy rozpoczęłam staże w różnych placówkach wspierających osoby wykluczone społecznie, a potem pracę w Fundacji „Barka”, zorientowałam się, że ta grupa osób bezdomnych siedzących na dworcu nie dociera do wspólnot czy schronisk.
Problem bezdomności był już zauważany w Polsce w czasach międzywojennych, istniały wówczas liczne organizacje wspierające osoby żyjące w skrajnym ubóstwie. W okresie powojennym w Polsce - państwie socjalistycznym, a więc z założenia idealnym - słowo i zjawisko „bezdomność”, jak zresztą wiele innych problemów społecznych, zostało ocenzurowane. Organizacje pomocowe w latach 50. XX w. jako zbędne przestały istnieć. Każda osoba była zobowiązana do posiadania zatrudnienia, a w przypadku nieposiadania miejsca zamieszkania otrzymywała miejsce w hotelu robotniczym, który spełniały czasem praktycznie rolę przytuliska. W skrajnych przypadkach osoby „nieprzystosowane” trafiały do więzień czy szpitali psychiatrycznych.
Tak więc po przemianach ustrojowych, kiedy po pierwszym zachłyśnięciu wolnością na nowo zaczęto postrzegać rzeczywistość i kiedy już można było mówić, że nie wszyscy sobie radzą w życiu, szczególnie jaskrawo zaczęły jawić się problemy społeczne. Dla osób mieszkających na dworcu było już często za późno - za późno na nadzieję, na zmianę. Zaczęli szybko odchodzić z murków dworcowych, ławeczek, wtedy też dla mnie skończyło się postrzeganie bezdomności jako własnego wyboru. Bo nikt świadomie nie wybiera życia pod czyimś balkonem czy na peronie, nie przykrywa się kartonem, skazując się na śmierć.
Lata 90. oprócz szybkiej prywatyzacji i bogacenia się pewnej grupy osób to czas, kiedy pojawiło się masowe bezrobocie, a cała rzesza robotników najsłabiej przygotowanych społecznie i zawodowo - głównie osób samotnych – z hoteli robotniczych została wymeldowana donikąd. Fala bezdomności lawinowo zaczęła rosnąć. Na obrzeżach miast w budynkach powojskowych lub powięziennych zaczęły powstawać schroniska, dające nocleg i często jeden posiłek dziennie, bez pomysłu na wsparcie czy choćby zrozumienie osób bezdomnych. Nawet kadra zostawała czasami ta sama – byli strażnicy lub wojskowi głównie egzekwujący porządek. Do schronisk i noclegowni zaczęła docierać grupa osób w większości około pięćdziesiątki - bezrobotni, nie umiejący się odnaleźć na wolnym rynku, nie nadążający za przemianami, często uzależnieni, czasami opuszczający zakłady karne. Nie mówiąc o braku zakorzenienia i jakiekolwiek bliskości z innymi osobami. Schroniska ratowały socjalnie, ale czy zmieniały sytuację i świadomość osób? Raczej nie.
W tamtym czasie alternatywnie do istniejących schronisk zaczęły powstawać prowadzone przez organizacje pozarządowe czy też kościelne domy – wspólnoty, miejsca do życia i pracy z perspektywą i możliwością spędzenia w nich reszty życia. Domy powstawały w wyniku adaptowania zrujnowanych budynków w oparciu o pomoc wzajemną, aby dla siebie samych przygotować warunki do życia i pracy. Mieszkańcy utrzymywali się z pracy własnej - prowadzili hodowle, uprawiali ziemię czy też świadczyli różnego rodzaju usługi, podejmując decyzje w sposób demokratyczny.
Z czasem do tych miejsc zaczęły docierać kobiety z dziećmi, często doświadczające alkoholizmu i przemocy ze strony małżonka. Jedną z przyczyn narastającej agresji i rozwoju uzależnień było znów nieradzenie sobie w nowej rzeczywistości, pozostawanie bez pracy, zmiana ról społecznych – ze względu na bezrobocie wśród mężczyzn to kobiety utrzymywały dom. W przypadku ciągle powtarzających się drastycznych chwil kobiety opuszczały swoje domy. Uciekając przed agresją i biciem, wkraczały na drogę bezdomności. Grupa ta była dość istotna ze względu na skalę problemu, w związku z tym w drugiej połowie lat 90. zaczęły powstawać liczne ośrodki interwencji kryzysowej czy też domy dla kobiet z dziećmi, które oferowały również wsparcie terapeutyczne. Moim zdaniem problem był jeden – to kobiety opuszczały dom i, niestety, częstokroć ograniczany był kontakt z mężem, ojcem - sprawcą przemocy, a co za tym idzie - nie odbywała się praca na rzecz rodziny.
Od 2000 roku obserwujemy, że coraz większy odsetek wśród bezdomnych stanowią rodziny. W pierwszej fazie rodziny eksmitowane w wyniku problemów ekonomiczno-socjalnych, niemożliwości opłacania czynszu. Niedoskonałość zabezpieczeń społecznych powodowała, że eksmitowano je donikąd, nie otrzymywali lokalu zastępczego o gorszym standardzie. Spotykało ich szczęście, jeśli ktoś życzliwy wcześniej podpowiedział, czy też sam poszukał dla nich miejsca w schronisku dla bezdomnych.
W kolejnych latach bezdomności zaczęły doświadczać młode małżeństwa z małymi dziećmi. Były to rodziny, które nigdy nie posiadały własnego mieszkania, często przyjeżdżały do dużego miasta, aby podjąć pracę. Zaczynali budować nowe życie na nieszczęście w wynajętym mieszkaniu. W znanych mi rodzinach zawsze pojawiał się problem w momencie urodzenia się dzieci – radości macierzyństwa często towarzyszyła utrata pracy. Taki walor wolnego rynku – nikt nie chce pracownika, który może potrzebować wolnego dnia na opiekę nad dzieckiem. Gdy poznaje się historie tych ludzi, to można sobie łatwo uświadomić, że niejednokrotnie sami pochodzą z rodzin, którym wiodło się bardzo przeciętnie, a codzienności towarzyszył lęk o przetrwanie. Będąc wyposażonym w taki skrypt, trudno radzić sobie w życiu.
O szczęściu mogły mówić rodziny, dla których znalazło się miejsce w ośrodku i miały możliwość zamieszkania razem. Niestety, zbyt mała ilość domów przyjmujących rodziny powodowała, że kobieta przebywała w ośrodku dla kobiet, a mężczyzna w schronisku dla mężczyzn. Były to olbrzymie dramaty zarówno rodzin, jak i osób pomagających - pojawiał się dylemat: czy szukać miejsca w różnych ośrodkach, czy nie udzielić pomocy z powodu odmowy rodziny z korzystania takiej formy pomocy. Rozłąka powodowała olbrzymie rozluźnienie więzi, które trudno było odbudowywać rodzinie mającej dodatkowo trudności socjalne.
2004 rok to czas, kiedy wyraziście uwypukla się kolejna grupa osób, które są okresowo bezdomne – osoby w średnim wieku o niskich kwalifikacjach, utrzymujące się w szarej strefie rynku pracy, głównie podejmujące prace sezonowe - na budowach, w firmach porządkowych, ogrodniczych, wynajmujący pokoje czy też mieszkania. W tym przypadku problem pojawia się w momencie niewypłacalności pracodawcy lub załamania pogody. Wtedy ludzie ci pukają do drzwi schronisk. Od pierwszego dnia pobytu szukają pracy, szybko ją podejmują, po miesiącu, dwóch wynajmują pokój. Rzadko wracają. Udzielane wsparcie ma charakter interwencyjny, ale i w tym przypadku istotą jest uświadomienie sobie przez ludzi problemów leżących u podstaw tej sytuacji.
W ostatnich dwóch latach coraz częściej mieszkańcami schronisk zostają młode osoby między 20 a 30 rokiem życia. Jest to młodzież, która nie ma często skończonych żadnych szkół, nigdy nie pracowała, a swoją karierę życiową rozpoczynała na ulicy, gdzie koncentrowało się ich całe życie, z kluczami na szyjach, z rodzicami pracującymi po kilkanaście godzin. Nie mają żadnych zasad i celów w życiu, wiedzą, czego nie chcą, ale nie wiedzą, czego chcą. Wszystko, co robią, ma mieć szybki efekt i przynosić realne korzyści. Ponieważ nie są uzależnieni, nie trafiają do ośrodków monarowskich; ponieważ są młodzi, przeszkadzają innym mieszkańcom schronisk swoją butą, energią, brakiem umiejętności ujawniającymi się w codziennym życiu. Mieszkają w schroniskach długo, często z przerwą na odsiedzenie jakiegoś zaległego wyroku. Pracują zarobkowo poza ośrodkiem od tygodnia do miesiąca, bo „nie mają nerwów do pracodawcy”, nie mówiąc o nierzetelności i nieumiejętności pracy. Od czasu do czasu któraś mama przyśle 100 zł na drobne wydatki szczęśliwa, że dziecko jakoś sobie radzi, a co najważniejsze - ona nie ma z nim problemu.
Są też młode osoby, które pochodzą z tzw. patologicznych domów, gdzie codziennością był alkohol, zmieniający się tatuś, brak zainteresowania i wsparcia. Nierzadko są to ludzie, którzy dość wcześnie rozpoczynali karierę placówkową od domów dziecka, policyjnych izb dziecka, schronisk dla nieletnich, zakładów poprawczych, więzień – kolejność dowolna. Dla nich schronisko jest kolejnym miejscem, w którym panują zasady, do których należy przywyknąć, ewentualnie obejść, bo przecież „zasady są po to, żeby je łamać” - jeśli stąd wyjdą to tylko do więzienia – nie widzą innej możliwości. Są przekonani, że nic dobrego w życiu ich nie spotka.
Bezdomność nie jest ani jednoznaczna, ani oczywista, ani taka sama w każdym przypadku – jest wynikiem splotu wielu kryzysów, braku więzi z bliskimi oraz doświadczeń życiowych umiejscowionych w konkretnej rzeczywistości społeczno-gospodarczej.
Jak wspierać
U podstaw udzielania pomocy niewątpliwie leży rozpoznanie i nazwanie głównych problemów życiowych oraz motywacja do podejmowania zmiany. Tak więc praca na rzecz osób bezdomnych musi być odpowiedzią na potrzeby indywidualnych osób oraz poszczególnych grup. Kierunek wsparcia będzie zależał od wieku, doświadczeń i umiejętności życiowych, relacji społecznych oraz gotowości do zmiany.
W związku ze znaczącą rolą grup samopomocowych wspieranie definitywnie musi przestać polegać tylko na tworzeniu miejsc noclegowych i rozdawaniu posiłków, czy też ograniczeniu się do, skądinąd ważnej, terapii uzależnień. Należy odchodzić od tworzenia dużych, często stuosobowych schronisk, na rzecz organizowania życia w hostelach maksymalnie kilkudziesięcioosobowych oraz mieszkaniach readaptacyjnych, stanowiących etap przejściowy do mieszkań socjalnych. Nasze stowarzyszenie prowadzi dwa hostele: jeden duży, stuosobowy, drugi o połowę mniejszy, na co dzień dostrzegamy, że w mniejszej grupie zmiana następuje znacznie szybciej i ma długotrwały efekt. Mieszkańcy hosteli stają się swoistą grupą odniesienia i wsparcia. Życie w grupie w pewnym sensie bliskich sobie osób przełamuje też olbrzymią samotność i anonimowość, które towarzyszą bezdomności. Po takim doświadczeniu łatwiej nawiązywać kontakty i utrzymywać stosunki z innymi ludźmi. Łatwiej szukać wsparcia w pojawiających się trudnych momentach. Łatwiej opuszczać schroniska. Jest to zresztą główny cel pracy - szeroko rozumiane usamodzielnienie. Usamodzielnienie od otrzymywanego wsparcia, zależności, usamodzielnienie ekonomiczne oraz mieszkaniowe. Mieszkaniowe - może za wyjątkiem małej grupy osób starszych, chorych czy osób, które świadomie decydują się na życie w różnego rodzaju domach - wspólnotach, czy też osadach – gospodarstwach, jednak i w tym przypadku istotą jest samostanowienie i partycypacja.
Wspieranie ma sens, jeśli polega na dobrze zbudowanym kontakcie i partnerstwie przy jednoczesnym zachowaniu autonomii i wyposażaniu w umiejętności samodzielnego rozwiązywania problemów.
Myślę, że oprócz ogólnych zasad pracy, należy wziąć pod uwagę potrzeby poszczególnych grup. W przypadku rodzin wsparcie powinno być nakierowane na budowanie więzi i poprawę relacji miedzy członkami rodziny, pomoc w rozumieniu i rozwiązywaniu kryzysów, wzmacnianie pozycji członków rodziny oraz niwelowanie deficytów przekazywanych pokoleniowo, aby przerwać szeroko rozumiane ubóstwo wielopokoleniowe. Niestety, znam już przypadek dziewczyny, która pięć lat temu zamieszkała w hostelu z swoimi rodzicami, natomiast teraz trafiła do nas z mężem i dzieckiem. Jaki z kolei los czeka to dziecko?
Poważnym zaniechaniem jest niedostateczne wspieranie w nawiązaniu kontaktu pracy nad relacjami osób bezdomnych z rodzinami, szczególnie w pierwszej fazie bezdomności. Myślę, że głównie wynika to z braku doświadczeń czy też braku umiejętności osób wspierających. W pierwszym momencie zamieszkania na ulicy pojawia się olbrzymi wstyd, powodujący ukrywanie sytuacji przed bliskimi, niestety im dłużej trwa rozłąka, tym trudniej zdobyć się na kontakt z rodziną. Efekt - całkowite zerwanie więzi. A i tu mamy przykłady, że zdarzało się tak, iż momencie spotkania się z rodziną okazywało się, że problemy są rozwiązywalne i istnieje szansa powrotu do rodziny lub chociażby możliwość spędzenia wspólnie świąt czy jakichś uroczystości. Taka sytuacja jest sama w sobie stymulująca do zmiany.
Jeszcze inną kwestią jest ściśle związane z bezdomnością bezrobocie, w tym przypadku wzmocnienie ma charakter edukacyjny i można je podzielić na dwie formy. Pierwsza skierowana jest do osób, które generalnie utrzymują się na rynku pracy. Polega na przewartościowaniu życia z „tu i teraz”, na myślenie perspektywiczne (np. rezygnacja z wyższych zarobków kosztem legalnej pracy z ubezpieczeniem). Druga forma skierowana jest do osób długotrwale bezrobotnych i polega na przekwalifikowaniu zawodowym oraz możliwości korzystania z form zatrudnienia wspieranego. Jest to możliwe dzięki powstałym ustawom o zatrudnieniu socjalnym oraz spółdzielniach socjalnych. Program szkoleń w ramach Centrum Integracji Społecznej w przypadku osób bezdomnych spowodował niezwykle szybkie wejście na rynek pracy i usamodzielnienie grupy osób, które mieszkały w hostelach przez okres 2-3 lat. Co takiego się stało? Przede wszystkim nastąpił realny podział dnia na część przeznaczoną na pracę i życie „towarzysko-rodzinne”, realne wymagania pracodawcy, nawiązanie kontaktów poza grupą osób bezdomnych oraz finansowa możliwość pokrywania swoich kosztów. Oznaczało to odbudowywanie godności każdego z nich i poczucia, że mieszkanie w hostelu jest etapem przejściowym.
Przed organizacjami i instytucjami jawi się następny problem, jeszcze nie przez wszystkich dostrzegany. W związku z rozluźniającymi się więzami rodzinnymi, narastającą agresją, uzależnieniami czy też przestępczością, największym wyzwaniem w najbliższym czasie, będzie praca na rzecz osób młodych - bezdomnych. Być może najlepszą formą będzie tworzenie rocznych programów prowadzonych na zasadach społeczności (zbliżonej do wzorca monarowskiego), w celu uczenia relacji społecznych oraz kształtowania postaw życiowych.
Bezdomność istnieje niezależnie od czasu, szerokości geograficznej czy wysokości PKB państwa. Zależy natomiast z pewnością od rodziny, w której kształtuje się człowiek.
Tekst pierwotnie ukazał się w biuletynie "Wykluczenie.pl" (wydawanym przez Pogotowie Społeczne w Poznaniu) w grudniu 2006 r.
|